RSS
poniedziałek, 18 lutego 2013

Kiedy ktoś zapytałby mnie jakieś 5 lat temu, kto jest najlepszą dziesiątką na świecie, odpowiedziałbym bez wahania, że Xavi, ale gdybym miał do wyboru trójkę najlepszych, bez wątpienia dorzuciłbym Aleksandra Hleba. Problem w tym, że lata minęły, a Hiszpan nadal jest na topie, zaś Hleb zbiera oklaski od kibiców na rodzimej Białorusi, za ogrywanie topornych obrońców Dynama Mińsk, czy FK Homel, a szkoda, bo ta wielka kariera mogła potrwać o wiele, wiele dłużej.

Są takie kraje gdzie tylko dzięki sportowi można wyjść z nędzy i stać się kimś. Tak jest w Afryce, tak też jest na Białorusi rządzonej przez Łukaszenkę. Problem w tym, że na przełomie wieków Białoruś była białą plamą na futbolowej mapie świata i w takim środowisku pierwsze piłkarskie kroki stawiał Hleb. Miał jednak szczęście, już jako junior został wyłowiony przez jeden z największych, o ile nie największy klub w kraju - BATE. Ledwie po roku gry w seniorskiej piłce wypatrzył go zaś dużo mocniejszy zespół. Razem z bratem Wiaczesławem (który nigdy nie wskoczył na poziom Aleksandra) trafili do VfB Stuttgart.

W pierwszym sezonie w Niemczech rzadko pojawiał się na boisku, zagrał tylko w 6 spotkaniach, ale już w kolejnym stał się podstawowym piłkarzem VfB. Nowy szkoleniowiec - Felix Magath (tak, ten sam, który tak zakatował naszego biednego Mateusza Klicha) odważnie postawił na ledwie 20-letniego piłkarza. Przez kolejne 3 sezony Hleb nie oddał nikomu miejsca w składzie. Rozkochał w sobie kibiców "Die Schwaben" błyskotliwymi dryblingami i sztuczkami technicznymi, dzięki którym zawdzięcza przydomek nadany mu w Niemczech - "Zauberlehrling" (czyli uczeń czarnoksiężnika).

W 2005 roku zainteresował się nim Arsenal. Jak wiadomo - Arsene Wenger nie ma w zwyczaju wydawać na piłkarzy zbyt dużych sum pieniędzy. W przypadku Hleba odstąpił od tej zasady, "The Gunners" zapłacili za niego 15 milionów euro. 15 milionów za piłkarza, na którego VfB wydało ledwie 150 tysięcy. W premierowym sezonie gry w Arsenalu, dotarł z klubem do finału Ligi Mistrzów i został pierwszym w historii (póki co jedynym) zawodnikiem ze swojego kraju, który zagrał w ostatnim meczu tych prestiżowych rozgrywek. Trudno o bardziej błyskotliwą karierę.

Już w drugim sezonie pobytu w Londynie, na Białorusina spadł ciężar rozgrywania akcji ofensywnych Arsenalu, bo z klubu odszedł Robert Pires. Poradził sobie jednak znakomicie, był pomostem, świetnie łączącym linię pomocy z linią ataku. Wspólnie z Fabregasem nadawali grze Arsenalu polotu i fantazji.  

W czerwcu 2008 roku sieci na Hleba zarzuciła Barcelona (mając w pamięci jego świetną grę we wspomnianym już wcześniej finale Ligi Mistrzów). Stery w klubie obejmował wówczas Pep Guardiola i przeprowadzał rewolucję kadrową (sprzedaż Ronaldinho, Deco, czy Edmilsona). Wydawało się, że kto jak kto, ale Hleb do "Blaugrany" pasuje idealnie. Barcelona wydała na jego transfer 17 milionów, ale w kontrakcie znalazła się również klauzula odejścia wynosząca 90 milionów! To pokazuje, jak wielkie nadzieje z nim wiązano. Niestety, jego przyjście do klubu zbiegło się z eksplozją formy Andresa Iniesty, w dodatku Hleb popadł w konflikt z Guardiolą. Do dziś zresztą żywi urazę do byłego szkoleniowca Barcelony, kilka miesięcy temu powiedział w wywiadzie, że Guardiola nigdy nie był i nie będzie najlepszym trenerem na świecie, po prostu prowadził znakomitą drużynę, która nie potrzebowała jego wskazówek, aby wygrywać. Wracając jednak do sedna. Powodem rzadkiej gry Hleba miał być również jego rzekomy nieprofesjonalizm (spóźnienia na treningi, itp.). Jak było rzeczywiście - nigdy się nie dowiemy.

Faktem jest jednak, że Barcelona nie wykorzystała jego potencjału. O Hlebie przypomniałem sobie przy okazji nasilającej się krytyki wobec Alexisa Sancheza. Wielu dobrych i bardzo dobrych zawodników nie poradziło sobie w ostatnich latach na Camp Nou, ale mi osobiście najbardziej żal jest właśnie Białorusina, bo był on zawodnikiem nie bardzo dobrym, a klasy światowej. Uwielbiałem patrzeć na jego grę (stąd może ten brak obiektywizmu). Dziś po serii wypożyczeń znów gra w BATE, gdzie daje miejscowym kibicom próbki swoich wielkich umiejętności. W kraju i tak będą go zawsze kochać. Za co? Ano za to co prezentuje film poniżej:

piątek, 25 stycznia 2013

Jakiś czas temu świat obiegło aktualne zdjęcie Michaela Johnsona - człowieka, który jako 18-latek debiutował w Manchesterze City i był uznawany za wielki talent, wręcz drugiego Stevena Gerrarda. Każdy słyszał już chyba dalszy ciąg tej historii, Johnson zarabiał podobno 40 tysięcy tygodniowo za obijanie się po klubach nocnych, jazdę po pijaku, w dodatku dostał na odchodne kosmiczną rekompensatę. Nie mam zamiaru drążyć na ile to wina klubu (który był bierny wobec jego problemów psychicznych), a na ile nieodpowiedzialnego piłkarza. Mam zamiar przy tej okazji przedstawić paru takich zachłannych leniwców, którzy od regularnej gry, woleli regularne pobieranie zawartej w kontrakcie tygodniówki, bez zbędnego wysiłku.

Pierwszym i chyba najgłośniejszym przykładem jest przypadek Winstona Bogarde. Ten holenderski defensor, trafił do Chelsea w 2000 roku. Miał za sobą nieudany epizod w Barcelonie, ale wciąż należał do czołówki europejskich obrońców. "The Blues" zaoferowali mu aż 40 tysięcy funtów tygodniowo, co jak na tamte czasy było ogromną kwotą. Tyle, że Holender niespecjalnie był zainteresowany wyczerpującymi treningami i grą w meczach. Na Stamford Bridge spędził 4 sezony, grając w 12 spotkaniach. Klub starał się go pozbyć zsyłając do rezerw, czy drużyny młodzieżowej. Był ofiarą żartów wszystkich brytyjskich dziennikarzy, ale pozostał niewzruszony. W wywiadach zdradzał jedynie, że chętnie odszedłby z Chelsea ale niestety nie może znaleźć klubu który spełniłby jego żądania finansowe (z pewnością skromne) oraz zaspokoiłby jego ambicje... sportowe! Naprawdę - postawa godna pożałowania. W końcu Chelsea pozbyła się tego pasożyta, bo (tu zaskoczenie!) jego kontrakt dobiegł końca.

Kolejnym przykładem (nieco świeższym) jest Joe Cole. W 2010 roku Anglikowi wygasł kontrakt z Chelsea, bo (co z pewnością jest zadziwiające) klub nie potrafił sprostać jego wymaganiom finansowym. Sprostał za to Liverpool, który zaoferował 90 tysięcy tygodniowo. Sporo jak na zawodnika tak podatnego na urazy. Radości nie było na Anfield Road końca. Steven Gerrard, stwierdził nawet, że Cole to ta sama półka co Leo Messi. Dlatego sympatyczny Joe wyszedł z założenia, że nie ma co się specjalnie wysilać. Piłka po jego dotknięciu zawsze będzie wpadała do bramki. Tak się jednak nie działo. Już w debiucie bezczelny arbiter wyrzucił "angielskiego Messiego" z boiska za faul na Laurencie Koscielnym. W spotkaniu z Trabzonsporem złośliwy podmuch wiatru, spowodował że piłka nie wpadła do bramki po strzale z 11 metrów. Ale już całkiem poważnie - w sierpniu 2011 cierpliwość Liverpoolu (a raczej Dalgisha, który nie mógł znieść widoku takiego obiboka) dobiegła końca, Cole został wypożyczony do Lille. Tam w końcu pokazał, że pamięta jak się gra w piłkę, ale pamiętał on również, że w Anglii czeka na niego wysoka tygodniówka. Wrócił więc po roku gry we Francji, jednak nowy trener Liverpoolu - Brendan Rodgers szybko ocenił, że Cole niewiele się zmienił, dlatego na początku stycznia znów wylądował na wypożyczeniu. W West Hamie kibice nadal go kochają, więc może tam chociaż Cole zacznie zasuwać na boisku, a nie przeglądać stan bankowego konta.

Można jeszcze wspomnieć o Andrei Arshavinie, co prawda Rosjanin przez pierwsze sezony gry w Arsenalu, dawał kibicom sporo radości. Jednak od jakiegoś czasu bardziej irytuje kibiców, bo mimo że jest uznawany za zbędnego w londyńskim klubie, to wciąż wysiaduje ciepłą ławkę rezerwowych. Trudno mieć jednak do niego pretensje - Andrei to przecież bardzo zajęty człowiek, projektowanie ubrań to zajęcie naprawdę czasochłonne.

Tekst ten jest co prawda utrzymany w nieco ironicznej konwencji, ale kibicom Chelsea, Liverpoolu czy Arsenalu, nie jest/nie było do śmiechu, bo nikt nie lubi takich pijawek. Może zawieje tu trochę sztucznym patosem, ale tacy ludzie po prostu obrzydzają ludziom zainteresowanie piłką.

piątek, 18 stycznia 2013

"Nie jestem tu dla pieniędzy! Chcę wygrywać z QPR trofea." - tak brzmiały pierwsze słowa Loica Remy'ego po podpisaniu kontraktu z Queens Park Rangers. Czytając tą wypowiedź można wywnioskować, że ktoś Francuzowi podsunął do podpisania kontrakt z inną drużyną, a tego typu gadanie wzbudza we mnie pusty śmiech, bo klub z Londynu w obecnej sytuacji nie jest najtrafniejszym wyborem, biorąc pod uwagę aspekty czysto sportowe. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić.

Po pierwsze - Redknapp-zbawca, człowiek który miał odmienić w cudownym stylu grę QPR, wydawało się, że kto jak to, ale to właśnie on do roli strażaka jest wręcz idealnym kandydatem, jednak jak na razie nie zmienił nic. Jak było przed przyjściem Harry'ego, tak jest nadal - Queens Park wciąż jest czerwoną latarnią. Z pewnością entuzjaści byłego menadżera Tottenhamu, wspomną o rezultatach dwóch ostatnich meczów ligowych - sensacyjnego zwycięstwa z Chelsea i remisu z Tottenhamem. Jednak powiedzmy sobie szczerze - oba wyniki zawodnicy QPR zawdzięczają nieprawdopodobnemu wręcz łutowi szczęścia. Wystarczy chociażby wspomnieć, że w spotkaniu na Stamford Bridge sędzia nie uznał bramki Lamparda, dopatrując się wątpliwego spalonego.

Po drugie - polityka transferowa klubu. Kolejny raz właściciel klubu - Tony Fernandes popełnia ten sam błąd. Jaki? Mianowicie, daje szkoleniowcowi wolną rękę w przeprowadzaniu transferów. Latem Mark Hughes ściągał piłkarzy na potęgę, nie licząc się z kosztami. Granero, Hoilett, Bosingwa, Park, Andy Johnson. Wszyscy wymienieni mają nazwisko i nic więcej, bo tak naprawdę każdy z nich nie wniósł absolutnie nic do gry QPR, albo z powodu kłopotów zdrowotnych (Park, Johnson), albo z powodu kłopotów pozaboiskowych (Bosingwa obrażający się na menadżera). Najczęściej jednak dlatego, że są to - najzwyczajniej w świecie - zawodnicy wypaleni. Na dobrą sprawę jedynymi trafnymi posunięciami, było sprowadzenie Loftus Road Stephane M'bii oraz Julio Cesara. Kiepsko jak na skalę rewolucji. Ale wracając do sedna. Również Harry Redknapp ma do dyspozycji studnię bez dna, jeśli chodzi o budżet transferowy. Efekt? Sprowadzenie z OM wspomnianego Loica Remy'ego, który w obecnych rozgrywkach był jedynie rezerwowym w drużynie Ellie'go Baupa i z ławki oglądał popisy Andre-Pierre'a Gignaca, czy Andre Ayew. Podobno Redknapp planuje również transfer Yanna M'Vili - człowieka, o którego jeszcze niedawno biło się pół Europy, a teraz? Teraz głośniej jest o jego wyczynach w nocnych klubach, aniżeli postawie na boisku. Priorytetem QPR powinno być wzmocnienie linii obronnej. A co robi Redknapp? Sprowadza Tala Ben Heima, który przez ostatnie pół roku nie potrafił znaleźć klubu i charakterystyką przypomina zawodników sprowadzanych do QPR latem.

Trudno się jednak dziwić, bo przecież Redknapp niejednokrotnie szalał na rynku transferowym, sprowadzając hurtowo zawodników, z których usług później nie korzystał. Bo przecież jeszcze w czasach pracy w Tottenhamie, oprócz udanych transferów (Darren Bent, Emmanuel Adebayor, czy Scott Parker). Sprowadził też na White Hart Lane, m. in. Croucha, Kranjcara, Bassonga, Zokorę czy Pienaara, za każdego z nich słono płacąc.

Warto też sobie zadać pytanie - co jeśli Redknapp jednak nie utrzyma Queens Park w ekstraklasie? Większość zawodników sprowadzonych za czasów rządów Hughesa ma w kontraktach wpisane horrendalne sumy, w dodatku owe kontrakty wcale nie są krótkoterminowe. Niezłe zabezpieczenie na przyszłość, ale czy klub grający w Championship będzie w stanie wypłacać ogromne tygodniówki? Szczerzę wątpię, a to już o krok od bankructwa. Wtedy nie będzie nikomu na Loftus Road do śmiechu, będzie za to do śmiechu kibicom, bo chyba żaden fan piłki nie lubi drużyn budowanych w ten sposób.

sobota, 12 stycznia 2013

Tytuł sugeruje, że historia, którą przedstawię nie jest uwieńczona "happy endem". Wielu było w historii futbolu zawodników, którzy z impetem wdzierali się do seniorskiej piłki, byli na ustach wszystkich, po czym łapali kontuzję, po której nigdy nie wracali do pełni formy, popadając w zapomnienie futbolowego świata. Tak w skrócie wyglądała kariera chłopaka, o którym napiszę - Nicolae Mitea, bo o nim mowa, miał niemal wszystko - talent, warunki do rozwoju. Niestety jednak nie miał jednego - zdrowia, dlatego dziś zapomniany, znajduje się na uboczu wielkiej piłki - właśnie na tytułowym piłkarskim blokowisku.

Zacznijmy wszystko od początku. Urodzony w Bukareszcie Mitea, miał jako nastolatek (podobnie jak wielu jego rówieśników grających w piłkę) wielki dylemat - Dinamo czy Rapid. Ostatecznie zdecydował się na opcję nr 1. Już jako 17-latek zadebiutował w rumuńskiej ekstraklasie, zdążył zagrać ledwie w 9 spotkaniach i został wyłowiony przez skautów Ajaksu Amsterdam - drużyny, która jak niewiele innych w Europie ma nosa do wyławiania perełek. Jak się wkrótce okazało działacze "De Joden", także i w tym przypadku wykazali się nie lada instynktem.  Młody Rumun najpierw zadebiutował w reprezentacji, a w swym pierwszym sezonie na holenderskich boiskach dał się poznać jako znakomity joker, wchodząc z ławki zdołał aż siedmiokrotnie trafić do siatki w spotkaniach ligowych. Tak piorunujące wejście do Eredivisie, w połączeniu ze świetnie ułożoną lewą nogą i niesamowitą szybkością, nie mogło przejść bez echa, zważywszy na to, jaka konkurencja panowała wówczas w Ajaksie. Mówiło się nawet o zainteresowaniu ze strony samego Realu Madryt, ledwie 19-letni wówczas Rumunem. Mitea został jednak w Ajaksie, w kolejnym sezonie pokazywał się ze świetniej strony na arenie międzynarodowej, nieco gorzej szło mu za to w klubie. 

Latem 2005, podczas towarzyskiego spotkania z Boca Juniors, Mitea doznał koszmarnej kontuzji. Na domiar złego błędna diagnoza lekarzy spowodowała, że wznowił treningi, mimo że nie był zdolny do gry (podobną historię przeżył nasz Włodek Lubański). Kiedy wreszcie poprawnie zdiagnozowano uraz - zerwanie więzadeł w kolanie, okazało się, że niezbędna jest operacja i 9 miesięcy przerwy. Co w tym czasie robi Ajax? Ano, oferuje Nicolae nowy, 3-letni kontrakt, jednak szkopuł w tym, że nowy szkoleniowiec "De Joden" - Ten Cate, nie ma zamiaru stawiać na Miteę. Podobnie kolejni szkoleniowcy Ajaksu, aż w końcu po 2 sezonach przesiadywania na trybunach, Marco van Basten, każe mu szukać nowego klubu. A dlaczego nie sprzedano Nicolae 2 lata wcześniej? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Faktem jest, że gdy w 2008 roku Mitea rozpoczął poszukiwania nowego klubu bardziej przypominał emerytowanego szachistę, aniżeli piłkarza. Zdecydował się na powrót do ojczyzny, jednak w Dinamie nie potrafili doprowadzić go do chociażby 50% dawnej sprawności. Podobnie w słonecznej Grecji. Od lata 2012 jest zawodnikiem bez klubu, bo zrezygnował z niego zespół o niewiele mówiącej nazwie - Petrolul Ploiești.

Smutna, naprawdę smutna historia. A dlaczego smutna? Z kilku powodów. W mistrzowskim składzie Ajaksu z sezonu 2003/04, Mitea partnerował takim zawodnikom jak: Sneijder, van der Vaart, de Jong, Maxwell, czy Ibrahimović i co najważniejsze wyróżniał się na ich tle. A przecież wszyscy wymienieni zarabiają ogromne pieniądze w wielkich europejskich drużynach, zaś Mitea jest bezrobotnym piłkarzem. Smutna to historia również dlatego, że w takim klubie jak Ajax nie potrafiono poprawnie zdiagnozować kontuzji piłkarza i do tego trzymano go na siłę w zespole, mimo tego, że szkoleniowcy nie widzieli dla niego miejsca w składzie. Te fatalne decyzje zrujnowały karierę chłopaka, który miał szansę wskoczyć na światowym poziom, ale czy tak rzeczywiście by było? Tego nigdy się nie dowiemy. 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zawsze, gdy oglądałem mecze (a sporo się tego przez te kilka lat uzbierało) nurtowała mnie następująca kwestia - czy piłkarze świetnie współpracujący ze sobą na boisku, muszą być równie zgraną parą poza boiskiem? Moje wątpliwości spotęgowały ostatnie, płaczliwe komentarze polskich mediów, na temat naszej trójki Polaków z Dortmundu. Pisanie jak to Lewandowski, Kuba i Piszczek się nie lubią, jest raczej szukaniem wymówki dla ich średnio układającej się współpracy w barwach reprezentacji, bo przecież historia futbolu zna podobne przypadki ludzi nieprzepadających za sobą, co wcale nie miało przełożenia na ich współpracę boiskową, ale też wiele odwrotnych.

Pamiętacie drużynę Manchesteru United w drugiej połowie lat 90.? Spory wpływ na ówczesne poczynania "Czerwonych Diabłów" miał duet Andy Cole-Teddy Sheringham. Mówiąc oględnie - obaj panowie nie przepadali za sobą, z pewnością nie nucili oni wspólnie w szatni, znanej skądinąd ballady Eltona Johna z bajki "Król lew". Sheringham może i nie był rasistą, ale nie przepadał za czarnoskórym Colem, różniło ich wszystko - od koloru skóry, aż po bagaż życiowych doświadczeń. Czarę goryczy przelała sytuacja z meczu przeciwko Boltonowi, w sezonie 1997/98 – po tym jak ekipa z Reebok Stadium zdobyła bramkę, Sheringham rzucił się z pretensjami do Cole’a, lecz ten kompletnie go zignorował. Po tym wydarzeniu, obaj panowie nie wymienili podobno ze sobą ani jednego zdania, przez 3 lata wspólnej gry! A jak to wyglądało na boisku? Ano, od tego właśnie w United jest sir Alex Ferguson. Obaj panowie zostali wezwani do gabinetu szkockiego menadżera (oczywiście oddzielnie), który dobitnie wyjaśnił im, czego wymaga od nich na boisku, bo wiadomo było, że relacji poza boiskowych naprawić już się nie da. Dlatego przez kolejne sezony Sheringham pięknie asystował, a Cole wykorzystywał sytuacje wykreowane przez Teddy’ego, z korzyścią dla drużyny z Old Trafford, bo przecież obaj mieli kluczowy wpływ na zdobycie przez „Czerwone Diabły” potrójnej korony w sezonie 1999/00.

Przeciwieństwem wspomnianego duetu z Manchesteru, był holendersko-islandzki tandem Chelsea F.C., czyli Jimmy Floyd Hasselbaink i Eidur Gudjohnsen. Całkiem niezła współpraca w czasie meczów, przekładała się również na (niestety) dobre relacje, na płaszczyźnie prywatnej. Dlaczego niestety? A to dlatego, że obaj panowie odkryli wspólną pasję – hazard. Hasselbaink w ten sposób pisał o tym w swojej biografii; „On jasny blondyn, ja czarny jak noc, ale byliśmy do siebie podobni. Nakręcaliśmy się nawzajem i regularnie graliśmy. Przegrywaliśmy 10-40 tys. co noc.". Zarówno Hasselbaink, jak i Gudjohnsen, powoli zaczynali tonąć w długach, na szczęście jednak (dla tej zabójczej przyjaźni) w 2004 roku „The Blues” nie przedłużyli kontraktu z Holendrem, w związku z czym opuścił on Stamford Bridge. Mimo tego obaj jegomoście, niewątpliwie zasłużyli na obecność w "Hall of Fame" londyńskiej drużyny.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Nie ma chyba jednoznacznej odpowiedzi na pytanie z początku tekstu. Dopóki wszystko wygląda dobrze na boisku, to nie ma co się przejmować, tym co dzieje się w szatni zespołu, a nawet jeśli są jakieś problemy, to nie my (kibice) mamy się tym martwić, od tego są w każdym poważnym klubie odpowiedni ludzie.

czwartek, 06 grudnia 2012

We wczorajszym meczu piłkarze Benfiki przez dłuższą część spotkania praktycznie dominowali nad Barceloną. Spore wrażenie robili gracze ofensywni drużyny z Lizbony, wielu ekspertów zwróciło uwagę zwłaszcza na czarnoskórego Holendra, który bez kompleksów hasał na lewym skrzydle. Ola John, bo tak nazywa się ów jegomość, już od dłuższego czasu obwoływany jest wielką nadzieją holenderskiego futbolu, ale moim zdaniem z fanfarami trzeba się póki co wstrzymać. Dlaczego? Już z spieszę z tłumaczeniem.

Zacznijmy od ciekawostki - życiorys naszego bohatera jest nieco pokręcony. Urodził się on bowiem w Liberii, podobnie jak  jego dwóch starszych braci. W połowie lat 90. stracił ojca, zamordowanego podczas wojny domowej. Wtedy też cała trójka, wraz z matką uciekła z rodzinnego kraju do Holandii, z pewnością te wydarzenia miały wpływ na charakter każdego z braci.

Wróćmy jednak do sedna sprawy, a więc odpowiedzi na pytanie dlaczego trzeba byłoby wstrzymać się nieco z zachwytami nad Olą. Otóż, najstarszy z trójki rodzeństwa - Collins już jako 17-latek debiutował w Twente Enschede, by po 1,5 roku zostać wyłowionym przez Fulham. Jako 19-latek bez kompleksów wkroczył do Premier League. Już po pół roku gry w Londynie zadebiutował w reprezentacji Oranje. Kolejny sezon był jego najlepszym w karierze, w lidze zdobył 11 goli, zostając najlepszym strzelcem The Cottagers, zaś jego bramka w spotkaniu z Middlesbrough zyskała zaszczytne miano "Goal of the Month". Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że wkrótce młody Collins zamiast skupić się na grze i treningach, zaczął zajmować się kreowaniem swojego wizerunku - "wielkiej gwiazdy" - w mediach. Efekt był taki, że szybko stracił miejsce w składzie Fulham, zaś wyglądem zaczął przypominać nie piłkarza, a pączka. Próbowano wypożyczeń nawet do Holandii, ale po 2 latach stwierdzono, że nic z tego nie będzie, a Collins rozpoczął wesołą wędrówkę po świecie - od Belgii, po Azerbejdżan i USA. Szkoda, bo mógł być naprawdę dobrym napastnikiem.

Ale dość tej nostalgii - w przypadku kariery Oli Johna trudno nie doszukać się analogii do kariery starszego brata. Podobnie jak Collins, młodszy z braci Johnów krótko grał w rodzimym Twente i dosyć szybko wyjechał do zagranicznego klubu. Równie szybko rozbłysła jego gwiazda, podobne warunki fizyczne (1,80 wzrostu), szybkość oraz dynamika. To co różni go od Collinsa to to, że jest dużo bardziej pracowitym zawodnikiem, nie jest to typ boiskowego egoisty - w ubiegłym sezonie jeszcze jako zawodnik Tukkers, zaliczył aż 6 asyst w Lidze Europejskiej, w tym 3 w spotkaniu z Odense! A czy skończy jak starszy brat? Niewykluczone, że poza boiskiem też mogą być różnymi ludźmi i oby tak było, bo inaczej z tej mąki chleba nie będzie.

środa, 05 grudnia 2012

Po wczorajszym meczu Ligi Mistrzów między Borussią, a Manchesterem City nasuwa się pytanie - czy mistrzowie Anglii są zespołem o kilka klas słabszym od mistrza Niemiec? A może piłkarzom Roberto Manciniego zwyczajnie, po ludzku nie chciało się grać w Lidze Europejskiej. Warto to rozważyć.

Faktem jest, że trener Jurgen Klopp sięgnął we wczorajszym meczu po bardzo głębokie rezerwy. Dość powiedzieć, że miejsce Piszczka na prawej obronie zajął sprowadzony latem z Kaiserslautern Oliver Kirch. Ten doświadczony defensor tworzył w ubiegłym sezonie linię obrony drużyny, która w fatalnym stylu opuściła Bundesligę. Jedyną bramkę w tym spotkaniu strzelił zaś Julian Schieber - napastnik, którego bez żalu pozbyto się z VFB Stuttgart, a o którym można powiedzieć, że jedyną jego zaletą jest szybkość, a nie bramkostrzelność. W pierwszym składzie wystąpił również Ivan Perisić, o którym ostatnio głośniej jest z racji płaczliwych wywiadów, których udziela w mediach, aniżeli z dobrych występów na boisku. O pozostałych zmiennikach - Brazylijczyku Santanie i Moritzu Leitnerze, złego słowa nie można raczej powiedzieć. Jednak jak to się stało, że zespół w takim składzie personalnym praktycznie zdominował na Signal Iduna Park popularnych Obywateli?

Inna sprawa, że Mancini również dał wczoraj szansę kilku graczom z ławki i nieco przemeblował zespół. Nominalny stoper - Matija Nastasić, zagrał wczoraj na lewej obronie, w środku pomocy wystąpił niewypał transferowy - Javi Garcia, natomiast sprowadzony ze Swansea Scott Sinclair zadebiutował we wczorajszy wieczór, w Lidze Mistrzów. Ale czy to może być wytłumaczeniem tak słabej gry City? W pierwszym składzie zagrali przecież Tevez, Nasri, czy Dzeko, a i oni zamiast grać na 100% najzwyczajniej w świecie snuli się po boisku.

Cała sprawa ma więc drugie dno. Piłkarze Manciniego odpuścili sobie ten mecz. Jeśli patrzeć na to przez pryzmat aspektów sportowych, wydaje się to w miarę rozsądną decyzją. W Premier League strata The Citizens do Manchesteru United wynosi jedynie 3 punkty. Gra w Lidze Europejskiej niewątpliwie utrudniłaby pościg za Czerwonymi Diabłami, a przecież mistrzostwo Anglii jest, dla niebieskiej części Manchesteru priorytetem. Wygrana w Lidze Europejskiej - dla klubu tej klasy - byłaby jedynie nagrodą pocieszenia. Jednak czy taka postawa jest fair, wobec kibiców klubu? Przychodzą oni na mecze, aby oglądać drużynę grającą z pasją i zaangażowaniem, nie zaś taką, która kalkuluje, w których meczach dać z siebie wszystko, a w których nie. Kompromitacja City jest więc podwójna - nie dość, że odpadli w fatalnym stylu, to stracili bardzo wiele w oczach kibiców, czyli ludzi którzy dla każdego klubu powinni być najważniejsi.

piątek, 30 listopada 2012

W ubiegły wtorek - 27 listopada, miała miejsce znacząca rocznica. Znacząca dla brytyjskiego futbolu, bowiem to właśnie 27 listopada 2011 świat obiegła wieść o niespodziewanym samobójstwie legendy Premier League - Gary'ego Speeda.

W czasie swojej kariery pobił chyba wszystkie możliwe rekordy. Od największej ilości rozegranych spotkań w angielskiej ekstraklasie, po bycie pierwszym zawodnikiem, który zdobywał gole w 16 kolejnych sezonach, od powstania Barclays Premier League. Pierwsze piłkarskie kroki stawiał jeszcze przed powstaniem Premier League, a ostatnie spotkania rozgrywał w szalonych czasach Ronaldo oraz innych jemu podobnych trikmenów. Jego karierę można by określić mianem american dream, tyle że w walijskim stylu. Pochodził z biednej rodziny robotniczej i zaczynał kopać w piłkę, w czasach gdy alkohol i inne używki rujnowały karierę, częściej niż obecnie. Jednak 19-letni Gary zaczynał karierę w odpowiednim klubie i w odpowiednim czasie. W pomocy Pawi miał za partnerów doświadczonych - Garry'ego McAllistera oraz Gordona Strachana, zwłaszcza ten pierwszy miał spory wpływ na młodego Speeda, który szybko nauczył się profesjonalizmu.

W pewnym sensie mimo wyśrubowania kilku rekordów nie był piłkarzem spełnionym, dokonywał nietrafionych wyborów przez większą część kariery klubowej. Największe sukcesy Leeds nadeszły dopiero po odejściu Walijczyka, przez 2 lata jego gry w Evertonie na Goodison Park panował chaos, jedynie w Newcastle pod wodzą Bobby'ego Robsona zasmakował gry w czołówce Premier League oraz w prestiżowej Lidze Mistrzów. Na St. James’s Park kibice kochali Alana Shearera, ale uwielbiali Gary’ego Speeda.

Obecnie taki zawodnik jak on byłby z pewnością pożądany w niemal każdym mocnym klubie. Był jednym z pierwszych zawodników, których dziś określa się mianem box to box. Znakomity wydolnościowo, był pożyteczny niemal w każdym rejonie boiska. Potrafił znakomicie wbiec w pole karne, w drugie tempo. Do dziś zresztą uznawany jest za jednego z najlepiej grających głową zawodników, w historii ligi angielskiej. Z czego to wynikało? Nie był wprawdzie specjalnie wysoki, ale niesamowicie skoczny, do tego miał świetne wyczucie czasu. Jeżeli do tego dodamy świetnie ułożoną lewą nogę, to mamy do czynienia z piłkarzem wybitnym i takim zresztą był.

Końcówka jego kariery, to występy w barwach Boltonu na Reebok Stadium. Wielu szydziło z niego, że udaje się do tego klubu „nabić” kilkanaście występów, a to właśnie sędziwy już Speed był kluczową postacią drużyny, która nieoczekiwanie ocierała się o czołówkę Premier League. To właśnie u jego boku rozbłysnął talent Kevina Nolana – chyba najbardziej znanego wychowanka tegoż klubu.

Rok po zakończeniu kariery piłkarskiej objął stery nad rodzimą reprezentacją. W tym samym roku został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. Jako selekcjoner odmłodził skład Walii, co było strzałem w dziesiątkę. Kadra pod wodzą Speeda awansowała aż o 50 miejsc w rankingu FIFA i dostała nagrodę dla drużyny, która zrobiła największe postępy w 2010 roku. Wydawało się, że Gary ma u stóp cały świat, ale… No właśnie – w tym miejscu ta niemal baśniowa historia zostaje spięta tragiczną klamrą. 27 listopada cały świat dowiaduje się o tragedii. Wszyscy zadają sobie pytanie dlaczego? Świetny piłkarz, który w niedalekiej przyszłości mógł zostać cenionym szkoleniowcem, osierocił 2 dzieci i zostawił samotną żonę, z jakiego powodu? Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, ale to może i lepiej, bo Speed nigdy nie lubił być w centrum uwagi, dlatego zamiast drążyć temat, wystarczy tylko uczcić jego pamięć. Niech podsumowaniem tego tekstu będzie poniższy film:



piątek, 26 października 2012

Wyobraźmy sobie pewną historię. Główny bohater jest sportowcem, który przez lata uznawany był za solidnego w swoim fachu, ale nic ponadto. Kiedy myśli już o zakończeniu kariery, los daje mu drugą szansę, którą nieoczekiwanie wykorzystuje, wybijając się ponad przeciętność. Brzmi jak oklepana fabuła hollywoodzkiego filmu, prawda? Ale jednak, taka historia poniekąd wydarzyła się naprawdę. Co ciekawe, wydarzyła się ona w drużynie, która w ubiegłym sezonie była absolutnym debiutantem we francuskiej Ligue 1, czyli Evian. No ale o kogo właściwie chodzi (zapyta w tym miejscu zirytowany przydługawym wstępem czytelnik)? Już spieszę z odpowiedzią, chodzi o kapitana tej drużyny - Cedrica Barbosę.

Ktoś w tym momencie powie, że w minionych rozgrywkach zaskakująca była postawa całej drużyny Evian, nie zaś pojedynczego zawodnika, ale nie ma co się rozdrabniać i analizować każdego z zawodników drużyny spod Alp, dlatego skupię się na człowieku, który na sukces tej drużyny niewątpliwie zapracował najbardziej. Poskładajmy więc całą historię do kupy. Barbosa na przełomie wieków był ważną postacią Montpellier, czyli obecnego mistrza Francji. W tamtych czasach klub ten jednak balansował między Ligue 1, a Ligue 2, ale również wypromował wielu ciekawych zawodników, m. in. Laurenta Roberta, czy Toifilou Maoulidę. Za ciekawego zawodnika uchodził również Barbosa, który po 6 latach spędzonych w MHSC zdecydował się wskoczyć na poziom wyżej i trafił do Stade Rennes. W tym miejscu sielanka się kończy, bo kolejne lata jego kariery naznaczone są przesiadywaniem na ławce Czerwono-czarnych, oraz kopaniem się w czoło, w barwach drużyn, które potentatami nigdy nie były, czyli Troyes i Metz. Kiedy w 2010 roku nie przedłużył kontraktu z tymi ostatnimi był w niezbyt ciekawej sytuacji – miał już 34 lata, w dodatku grał na niezbyt cenionej pozycji defensywnego pomocnika, ale… No właśnie, wtedy pomocną rękę wyciągnęło 3-ligowe Evian. Niemal natychmiast przejął opaskę kapitańską i był jednym z architektów awansów – kolejno do Ligue 2 i ekstraklasy, ale prawdziwy Barbosa-show miał się dopiero zacząć.

Drużyna z Alp przed startem nowego sezonu nie była skreślana przez fachowców, w odróżnieniu od dwóch innych drużyn, które w ostatnich latach w podobny sposób dotarły na najwyższy szczebel francuskich rozgrywek, czyli Arles Avignon i US Boulogne. Nieoczekiwanie jednak w trakcie rozgrywek pojawiły się problemy kadrowe, zaś trener Bernard Casoni zmuszony był przesunąć Barbosę na pozycję ofensywnego pomocnika, co było dość ryzykowne. Taki manewr okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Kapitan Evian na nowej pozycji przeszedł prawdziwą metamorfozę – od solidnego rzemieślnika odpowiedzialnego za „czarną robotę” do niezwykle kreatywnego i bramkostrzelnego zawodnika. Prezentował młodzieńczy wigor, którego pozazdrościć mógłby mu niejeden z jego rówieśników wciąż kopiący zawodowo w piłkę. Sezon zakończył z dorobkiem 8 goli oraz tylu samych asyst. Dzięki jego wspaniałej grze oraz świetnej współpracy z duetem Yannick Sagbo-Kevin Berigaud oraz dobrej postawie bramkarza Stephana Andersena, drużyna Evian była prawdziwą rewelacją rozgrywek Ligue 1, kończąc sezon na 9. miejscu. Sam Barbosa przyćmił swoją grą niesfornego Sidneya Govou (który miał być największą gwiazdą Evian), ale także pokazał, że wesołe jest życie staruszka.

Podobnych historii w piłce było wiele, wystarczy choćby przypomnieć wygrane przez Niemców Euro 1996, w trakcie którego ich najjaśniejszą postacią w ofensywie był defensywny pomocnik Dieter Eilts – legenda Werderu Brema, który swoimi odważnymi rajdami zadziwił całą piłkarską Europę, a podobnie jak Barbosa był już u schyłku kariery. Właśnie za takie historie kochamy piłkę, gdy ktoś wychodzi z cienia, ktoś po kim nigdy byśmy się tego nie spodziewali.



poniedziałek, 10 września 2012

Islandia jest nijakim krajem. Bez większych problemów, czy skandali. Jedyne skojarzenie jakie wywołuje ta wyspa wiąże się z gejzerami, zaś sport jest tam równie popularny, jak wypas kóz we Francji, ale... No właśnie w tym miejscu mamy do czynienia z paradoksem, bo niemal każdy z fanów piłki nożnej kojarzy tego uśmiechniętego blondynka poklepującego Xabiego Alonso na zdjęciu powyżej. Niewielu graczy mogło sobie na taki gest pozwolić. Jednym z nich jest pochodzący właśnie z Islandii, tytułowy król ubogich, czyli Eidur Gudjohnsen.

A pomyśleć, że początek jego kariery nie był usłany różami, wprawdzie w młodzieżowej reprezentacji do lat 17 debiutował jako 14-latek, a w jednym z meczów dorosłej kadry wszedł na boisko, zmieniając swojego ojca - Arnora, co nawet dziś jest niecodzienną sytuacją. Jednak kiedy po raz pierwszy zetknął się z wielką europejską piłką, trafiając do holenderskiego PSV, wyłowiony przez nie byle kogo, bo samego Pieta De Vissera, który do Eindhoven sprowadził, m.in. Ronaldo, Romario, czy Farfana, zaledwie po roku wrócił do ojczyzny ze zwieszoną głową. Zacisnął jednak zęby i w krótkim czasie wyrósł na gwiazdę Boltonu, a wtedy sięgnęła po niego Chelsea.

Co ciekawe, uwielbiany dziś niemal przez każdego kibica The Blues, gdy wylądował na Stamford Bridge, w miejsce kompletnego niewypału transferowego - Chrisa Suttona, nie oczekiwano po nim zbyt wiele. Czym więc Eidur zdobył serca kibiców londyńskiego klubu? Z pewnością tym, że nie pasował on do profilu typowego, topornego, skandynawskiego piłkarza, był szybki, dobry technicznie, bardzo mobilny i trudny do upilnowania. Potrafił również strzelać magicznie bramki, jak np. ta poniżej w meczu z Leeds.

Przez 5 sezonów, był niezbędny w drużynie Chelsea, w międzyczasie klub przejął Roman Abramowicz, ale i to nie miało większego wpływu na pozycję Islandczyka, podobnie było w przypadku legendy klubu Franka Lamparda, sprowadzonego przez rządami rosyjskiego multimilionera. Dopiero w ostatnim sezonie, gdy eksplodowała forma Didiera Drogby, wylądował na ławce rezerwowych i popadł w konflikt z Jose Mourinho.

W kolejnych latach prześladował go pech, 3 sezony spędzone w Barcelonie okazały się czasem straconym, nie pomógł mu nawet powrót na Wyspy. Kulminacją nieszczęść, był dla niego pobyt w słonecznej Grecji, gdzie złamał kość piszczelową. Ale uśmiech nie znika z twarzy Eidura, bo niby dlaczego miałby zniknąć? W ostatnim czasie pojawiło się na europejskim rynku kilku bardzo ciekawych piłkarzy z Islandii (na czele z zawodnikiem Tottenhamu - Gylfi Sigurdssonem), jednak na razie nie zapowiada się aby któryś z nich osiągnął więcej od Gudjohnsena. Dwukrotnie mistrzostwo Anglii, Superpuchar Europy, zwycięstwo w Lidze Mistrzów, to tylko niektóre z jego osiągnięć, co więcej jest on jedynym Islandczykiem jaki kiedykolwiek zagrał w Barcelonie. Nie wydaje mi się również, aby ktoś prześcignął go w ilości strzelonych bramek w reprezentacji, bo jego potencjalni następcy - Kolbein Sighþorsson, czy Alfred Finnbogason, są niezłymi, ale nie wybitnymi snajperami.

Ostatnio natrafiłem w internecie na gorący spór, kto jest lepszym napastnikiem. Rooney czy Gudjohnsen w swojej szczytowej formie? Łatwo z tego wybrnąć. Mianowicie - nie ujmując nic z klasy Rooney'a, to podobnej klasy napastników (czyli świetnej) w historii brytyjskiego futbolu było kilku, zaś Eidur był (patrząc przez pryzmat islandzkiego futbolu) jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy, taki właśnie król ubogich.

 
1 , 2